Oliwier Szczepański, zawodnik Decki Pelplin: Gratulacje dla przeciwników. Postawili nam naprawdę bardzo dobre warunki. Dobrze weszliśmy w mecz, dobrze zakończyliśmy pierwszą połowę spotkania. W trzeciej kwarcie niestety daliśmy wrócić do gry drużynie przeciwnej. Pojawiło się dużo strat, rywale skakali nam po głowach. Na szczęście w czwartej kwarcie obudziliśmy się i dociągnęliśmy ten mecz tak, jak to powinno wyglądać.
Gdy tu grałem, byłem zawodnikiem Resovii byłem bardzo dobrze traktowany. Panowała tutaj świetna atmosfera, fajnie żyło mi się z chłopakami. Oczywiście, że towarzyszą temu emocje, mniejsze czy większe. Ten czas pamiętam bardzo dobrze.
Rafał Knap, trener Decki Pelplin: Mecz bardzo ciekawy dla kibiców, wiele zdobytych punktów, zupełnie inne dwie połowy. Ogromny szacunek dla moich graczy, że mimo roztrwonienia 19 punktów najwyższej przewagi potrafiliśmy się zebrać, tak kolokwialnie mówiąc, do kupy i wygrać ten mecz, chociaż to były już przysłowiowe ciężary. Ciężko tak na gorąco mówić po takim emocjonującym meczu. Wynik nie mówi za wiele o przebiegu tego spotkania, bo osiem punktów to myślę, że najwyższy wymiar kary, jaki Resovia mogła odebrać od nas. Równie dobrze wynik mógł pójść w drugą stronę i wracalibyśmy na tarczy. Nie ukrywam, że bardzo nie lubię wracać z dalekich podróży po porażce, bo jest wisielcza, grobowa atmosfera. Dzisiaj będzie troszkę bardziej, mam nadzieję, wesoło i hamburgery będą lepiej smakować.
Chciałbym skorzystać też z okazji, żeby powiedzieć, że panowie, którzy są na statystykach – oczywiście bardzo szanuję ich pracę – ale chciałbym, żeby wykonywali z pietyzmem to, co robią, bo jest ich dwóch. Jeżeli nam zapisują trzy przechwyty w meczu i ja ich muszę poprawiać, to jest troszkę nieszanowanie pracy graczy dwóch drużyn. Ja nie mówię, że tylko my zostaliśmy ukarani tym. Później zawodnicy są za to rozliczani, podpisują wyższe bądź niższe kontrakty i oni też pilnują swoich statystyk. Jeżeli Filip Gurtatowski, zabierając piłkę na połowie Mateuszowi Bartoszowi, kończy akcję chyba najbardziej widowiskowo, z góry, i ci panowie nie widzą, że był to przechwyt i dwa punkty po wsadzie, no to coś jest nie tak, ale jeszcze raz mówię, liczę na to, że są młodzi, że się doszkolą. Niech sobie obejrzą ten mecz jeszcze raz i niech, nie spoglądając na statystyki, jeszcze raz je napiszą, bo później ja mam pretensje od moich graczy, dlaczego trener nie zareagował. Ja de facto nie jestem od tego, ale teraz reaguję po raz pierwszy i też mam nadzieję, że ostatni.
Mogę powiedzieć tak: do trzech razy sztuka. To jest moja pierwsza wygrana w Rzeszowie jako trenera w pierwszej lidze. Zawsze będę powtarzał, że wracam tutaj z rozrzewnieniem i z sentymentem, ponieważ wychowałem się na Baranówce. Pierwsze trzy lata mojego życia spędziłem z moimi dziadkami i teraz zawsze, jak przyjeżdżam, odwiedzam moją rodzinę. Jestem dumny, że mogłem dzisiaj z podniesioną głową wyjść z hali. Pozdrawiam moją rodzinę i wszystkich chłopaków z Baranówki, którzy jeszcze żyją.
Przede wszystkim to, że Resovia wróciła do gry, to proszę zobaczyć na statystyki zbiórek ofensywnych. Dwadzieścia jeden zbiórek ofensywnych to można obdzielić trzy mecze. Taka jest prawda koszykarska. Resovia w trzeciej kwarcie zaczęła bronić zdecydowanie agresywniej, o wiele więcej podbijać piłek, o wiele więcej mieli defleksji. Bardziej chcieli, szybciej biegali i to na pewno zaważyło na odrobieniu tych strat. A to, że wygraliśmy, to można powiedzieć, że bogowie koszykówki nam sprzyjali. Wpadła dzika trójka, wpadła druga dzika trójka, jakaś dobitka ofensywna, wyrzucenie piłki w aut przez, już mówię, Briana Moora, który świetnie się przywitał z rzeszowską publicznością. To naprawdę był bardzo ciężki mecz dla nas. Znamy siłę Resovii. Na pewno miejsce w tabeli i bilans nie mówią o tym, jak silna jest to drużyna. Proszę mi uwierzyć, ja wiem, że ten team będzie bił się do końca o jak najwyższe miejsce w play-offach. Naprawdę takie zwycięstwo dla mnie smakuje podwójnie.
Brian Moore, zawodnik OPTeam Resovii Rzeszów: Myślę, że rozpoczęliśmy mecz trochę zbyt wolno i przez to znaleźliśmy się w trudnej sytuacji. Jednak w drugiej połowie, a także pod koniec drugiej kwarty, pokazaliśmy, na co naprawdę nas stać, kiedy dobrze bronimy i jesteśmy skoncentrowani również po drugiej stronie boiska. Uważam, że kiedy potrafimy zatrzymywać rywali w obronie, dużo łatwiej przychodzi nam zdobywanie punktów w ataku. Myślę, że z tego spotkania możemy wyciągnąć wiele pozytywów. Wierzę, że w niedalekiej przyszłości będziemy naprawdę dobrą drużyną.
Przemysław Łuszczewski, trener OPTeam Resovii Rzeszów: Zaczęliśmy grać katastroficznie. To jest katastrofa stracić 60 punktów w pierwszej połowie. Z tego, co widziałem, po pierwszej kwarcie było 11 celnych rzutów na 12, czyli 91 procent. Praktycznie wszystkie pojedynki jeden na jeden przegrywaliśmy. Drużyna z Pelplina otworzyła mecz trójką. Wiadomo, że to zawsze gdzieś podnosi zespół. Czy wsad, czy rzut za trzy punkty jako pierwsze punkty w meczu – to zawsze jest duży, pozytywny kopniak dla drużyny, która zaczyna spotkanie, szczególnie na wyjeździe. Na pewno dużym naszym problemem było to, że nie mogliśmy ustać jeden na jeden przeciwko drużynie przeciwnej.
Co do pozostałych rzeczy, to tutaj Brian powiedział to, o czym rozmawialiśmy też w szatni. Pokazaliśmy sobie, udowodniliśmy sobie i wszystkim, i kibicom, i samym sobie – bo ta drużyna potrzebuje teraz pozytywnej energii, szczególnie w tak ciężkiej sytuacji – że potrafimy grać dobrą obronę i przez to jest też dużo łatwiej w ataku. Niestety ten zryw chyba nas trochę kosztował energii, bo tam, gdzie mieliśmy przewagę w zbiórkach w ataku, drużyna z Pelplina w końcówce zbierała te najważniejsze piłki. Oprócz dwóch ciężkich rzutów za trzy punkty przez ręce mieli też chyba cztery czy pięć zbiórek w ataku, które pomogły im stworzyć przewagę albo cały czas utrzymywać się w meczu. To był nasz problem. Tak naprawdę w końcówce zdecydowały te zbiórki w ataku Pelplina, które cały czas utrzymywały ich w grze albo nawet przeważyły o wyniku. Pewnie też dlatego przegraliśmy. Widać było, że Brian chciał wziąć dużą odpowiedzialność na siebie. Wiadomo jednak, że po czterech treningach ciężko mieć jeszcze jakiekolwiek zgranie. Myślę, że to jest proces i musimy nad tym pracować. Mieliśmy cztery treningi, w tym dwa treningi pięć na pięć, bo Filip i Janek mogli trenować tylko dwa dni w tym tygodniu. Tak to wyglądało.
Na pewno nie porównywałbym tych wszystkich meczów, bo tak naprawdę jesteśmy drużyną, która od samego początku przygotowań nie miała sytuacji, żebyśmy wszyscy razem mogli odbyć chociażby jeden trening. Tak samo jest z meczami. Wiemy, kto jest po kontuzji, kto grał kilka meczów. Grzesiek Grochowski zagrał cztery mecze, w tym spotkaniu nie mógł wystąpić. Wcześniej Filip Zegzuła nie mógł grać. Sasza Miszula zagrał tylko jeden mecz, dlatego nie chciałbym porównywać tego, jak wyglądaliśmy w pierwszej, drugiej czy trzeciej kwarcie, do poprzednich spotkań. Mogę wypowiedzieć się na temat tego meczu. Tego się obawiałem i o tym też rozmawiałem z każdym z zawodników, żebyśmy nie patrzyli wszyscy na to, co Brian zrobi w obronie, co Brian zrobi w ataku. Każdy ma się skupić na swoich zadaniach i pamiętać, co gra drużyna przeciwna. Myślę, że byliśmy dobrze przygotowani pod względem taktycznym do meczu z Pelplinem. Nie zaskoczyli nas żadnymi zagrywkami, nie zdobywali łatwych punktów po jakichś niespodziewanych akcjach. Przeważyło to, o czym wcześniej powiedziałem. Co pozytywnego? Na pewno to, że mieliśmy ten zryw i dobrą obronę. Tak naprawdę wyszliśmy z szatni w drugiej połowie, przed trzecią kwartą, tak jak powinniśmy wyglądać przez cały mecz. Mieliśmy w końcu na tyle zawodników, żeby każdy mógł wejść i dać tę energię. Zauważyłem nawet jedną sytuację, kiedy zawodnik drużyny z Pelplina leżał poza parkietem, bo przy penetracji nie trafił, wyleciał z boiska i upadł. Mieliśmy przewagę pięciu zawodników na czterech, a ja musiałem biec przy ławce i wszystkim pokazywać, żebyśmy ruszyli do kontrataku. To jest problem. My jeszcze do tej pory nie biegamy tak, jak powinniśmy biegać, ale jak się trenuje, tak się gra.
Może ktoś odbierze to jako wymówkę, ale jeżeli w poniedziałek, wtorek i środę nie możemy grać pięć na pięć, tylko dopiero w czwartek i piątek, to kiedy mamy tę grę pięć na pięć trenować? Tak naprawdę szczególnie w piątek powinno się już odchodzić od gry pięć na pięć, bo wtedy powinno być łapanie świeżości, a my musimy tak trenować, bo po prostu nie mamy innej możliwości. Nie mamy możliwości wzięcia dodatkowych zawodników, nie mamy możliwości normalnego trenowania, bo niektórzy się kurują. Tak to wygląda. Jeszcze nie do końca dobrze biegamy do kontrataków, mimo że dzisiaj zdobyliśmy mnóstwo punktów właśnie po dobrych kontratakach. Czasami nadal mamy z tym problemy. Najważniejsza jest jednak gra obronna, bo w tym momencie nie wyglądamy jak dobrze grająca drużyna w obronie. To wszystko zaczyna się od indywidualnej gry jeden na jeden i to na pewno jest do poprawy. Jeżeli to poprawimy, będzie nam dużo łatwiej.
